30 kwietnia, 2008
Egzamin gimnazjalny.
Napisane w: Narzekanie, Ogólne (0) Otagowane: egzamin, gimnazjum, men, szkolnictwo, szkoła, uczniowie, wpadka,
Wielka afera z powodu egzaminu gimnazjalnego, który część gimnazjalistów zawaliła. Zawaliła bo nie przerobili wszystkich lektur na zajęciach.
Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy to LENISTWO. Przecież to jest w interesie gimnazjalistów, żeby zdać jak najlepiej ten egzamin, prawda? Więc czemu z własnej inicjatywy nie wzięli tych książek do reki w domu i czemu ich sobie nie przeczytali? A nie są to tytuły mało znane, były to "pewniaki", których "obecność" na egzaminie nie była zaskoczeniem. Czy to zreformowane szkolnictwo tak już ogłupia i odbiera inicjatywę, że uczniom nawet już nie chce się ruszyć swojego gluteus maximus i poczytać trochę książek spoza kanonu lektur (a jak się okazuje, nawet tych Z kanonu)? Że myślą, że nie potrzebują wiedzy innej, poza tą zdobywaną na lekcjach? Jeśli tak, to cóż... winę w dużej mierze ponoszą sami. Szkoła to nie wszystko, trzeba czasem wykazać trochę własnej inicjatywy i pouczyć się na własną rękę.
A druga sprawa z tym związana to kwestia publicznej szkoły. Teraz uczniowie i rodzice będą pisali skargi i odwołania do kuratorium, nauczyciele będą rozkładać ręce i tłumaczyć się brakiem czasu na przerobienie wszystkiego w terminie. Cała sprawa się rozmyje i raczej nikt nie wskaże winnego (i w sumie dobrze, uważam, że winni są sami gimnazjaliści). Ale gdyby to była prywatna szkoła, rodzic posyłający dzieciaka do takiej szkoły miałyby na umowie podpisanej z placówką wyszczególnione, czego potomek będzie uczony. I w przypadku nie wywiązania się szkoły z tego programu winny byłby dyrektor a rodzice mogliby dochodzić odszkodowania. Z tym, że raczej prywatna szkoła na taki numer by sobie nie pozwoliła.
A publiczna? Nikt nie odpowiada, bo wina będzie przerzucana z kuratorium na dyrekcję, z dyrekcji na nauczycieli a z nauczycieli na kuratorium, które przecież ustaliło taki a nie inny plan nauczania.
Wina jest też po stronie rodziców. Najwyraźniej nie sprawdzali jak ich dzieci są uczone. Chyba, że uznali, że wywiadówka raz na pół roku to wystarczający wysiłek włożony w edukację swojej progenitury. Coraz częściej wychowanie też przerzucają na szkołę. A potem wielkie pretensje, że dziecko nie wychowane i nie wykształcone tak, jakby sobie tego życzyli. Że dziecko nie ma inicjatywy i ciekawości świata (i nie poczyta sobie lektur na własną rękę, tylko czeka aż będą omawiane w szkole, wtedy przeczyta streszczenie i opracowanie).
A kto ma tego nauczyć jak nie rodzic? Wychowawca, który ma w klasie ok. 30 dusz (z którymi widuje się raptem kilka godzin w tygodniu), a oprócz tego własne życie? Nauczyciele, którzy często uczą po kilkadziesiąt dzieciaków? Nie, to właśnie robota rodziców. Szkoła ma (jak nazwa wskazuje) szkolić, nie wychowywać.
Kiedyś funkcjonowała taka klątwa "obyś uczył cudze dzieci". Dziś praktycznie uczy się tylko cudze dzieci. Bo jeśli rodzic nie jest nauczycielem i nie pracuje w szkole do której posyła dziecko, to nie ma możliwości samodzielnie zdecydować o jego kształceniu. Ma obowiązek posyłać dziecko do państwowej szkoły, gdzie dziecko jest uczone ustalonego przez państwo kanonu wiedzy. I nie ma to ŻADNEGO wpływu. A prywatne szkoły też nie są inne -- również muszą uczyć wiedzy określonej przez państwo.
A efekt tego wszystkiego jest taki, że dzieciaki zawalają bardzo ważny egzamin i nikt nie poczuwa się do winy. Ani rodzice ("szkoła nie nauczyła!"), ani uczniowie ("nauczyciel tego nie omówił!"), ani nauczyciele ("nie było czasu!"), ani dyrekcja ("taki jest program nauczania!"), ani MEN ("sprawa tyczy niewielkiej grupki osób").




1 | Livio
30 kwietnia 2008, 16:18:22
Moja polonistka uczy wiele klas, u niej na lekcjach jest luźno, a pomimo to omówiliśmy wszystkie lektury, gramatykę i różnego rodzaju teksty z podręcznika "do literatury".
Teraz leżymy do góry brzuchem.
Czyja to wina, że lektura nie została omówiona? Czy z tego powodu można egzamin powtórzyć?